|
„Kalimera!” – to po grecku „dzień dobry”. Miejsce naszej podróży w 2003 roku musiało być wyjątkowe, bo i okazja była wyjątkowa. 50 urodziny Rysia spowodowały, że planowaliśmy wyprawę na październik, a jak się potem okazało wyjazd nastąpił po pokonaniu pewnych przygód (upadek biura Big Blue, włamanie do piwnicy). Za to potem było bez problemów – cudownie i wspaniale, a szczęście sprzyjało nam na każdym kroku!
Po kilkugodzinnym locie z Warszawy Kreta przywitała nas ciepłą, ale trochę pochmurną pogodą. Na kalendarzu była już połowa października, więc nie mogliśmy spodziewać się tu upalnego lata ...a jednak! Pod koniec pobytu było tak gorąco, że w hotelu włączono klimatyzację. Trochę czuło się atmosferę kończącego się sezonu, ale dzięki temu było mniej tłoczno i ceny zachęcająco spadały. Nasz sporawy
hotel
położony kilkanaście kilometrów od
Heraklionu
, stolicy Krety, zaspokajał nasze potrzeby. Mieliśmy dwa posiłki, które były smaczne i urozmaicone, ciekawy widok na morze z balkonu i miłego właściciela, z którym lubiliśmy pogadać. Rzetelnie przygotowując się na ten wyjazd do krainy Greka Zorby (podziękowania dla Ewy i Piotra za cenne wskazówki) mieliśmy ogólną wizję tego, co chcemy zobaczyć. Aby zrealizować nasze plany wypożyczyliśmy auto, które (jedynie z przerwą na rejs na Santorini) pokonywało z nami kręte i wąskie uliczki oraz dłuższe odcinki wspaniałych autostrad dowożąc nas w różne zakątki tej wyspy. Przez dwa tygodnie udało się nam dotrzeć na wschód, do pięknego
Agios Nikolaos
z jeziorem w centrum oraz do tajemniczej wyspy trędowatych
Spinalonga
, na zachód, do znanych miejscowości
Chania
i
Rethymnion
, na południe do pachnącej Afryką
Jerapetry
oraz do najdłuższego w Europie
Wąwozu Samaria
. Jak wynikało z moich wyliczeń przejechaliśmy w sumie prawie 2 tysiące kilometrów, z czego niezapomniane są odcinki górskie pokonywane w obie strony do Wąwozu Samaria, kiedy to cudem zdążyliśmy na jedyny statek, a w drodze powrotnej walczyliśmy z czasem, aby pokonać strome góry przed zapadającą ciemnością. W naszej pamięci szczególnie też utkwił fantastyczny rejs na wulkaniczną, bajkową wyspę
Santorini
, która to 1500 lat p.n.e. doświadczyła gigantycznego wybuchu dającego pogłos detonacji na całej kuli ziemskiej, a dziś znanej z błękitnych kopuł licznych kościołów i osad przypominających jaskółcze gniazda na skale z pumeksu.
Podróżując po Krecie mieliśmy codziennie cel główny, a
po drodze
podziwialiśmy oliwne gaje, górskie widoki, a także zbaczaliśmy do małych wiosek, aby coś zjeść i nacieszyć się klimatem wąskich
uliczek, uroczych knajpek, otoczonych bujną roślinnością domków ze stojącymi przed nimi pitosami. Były tam piękne kwiaty, a także egzotyczne drzewa owocowe, malutkie sklepiki pełne tutejszych pamiątek i smakołyków, wśród których najbardziej spodobały się nam pomarańczowe miody z bakaliami i aromatyczne przyprawy. W wiosce, z której podobno pochodził artysta El Greco kupiliśmy
ludowe
serwetki, a w zamian poczęstowano nas pomarańczami prosto z drzewa. Sztukę tradycyjną Krety podziwialiśmy też w czasie pożegnalnego wieczoru kreteńskiego, kiedy to nie mogło zabraknąć ani wina, ani greckiego tańca Zorby.
Do sportowych atrakcji naszej wyprawy należały kąpiele w całkiem ciepłym morzu, a przede wszystkim Rysia gra na świeżo otwartym, bardzo ciekawie położonym
polu golfowym
. Wieczorne spacery na plaży zazwyczaj kończyliśmy w wygodnych fotelach nad wodą podziwiając samoloty lądujące tuż za linią morza. Jeden z nich miał nas zabrać z tej cudownej wyspy.
Wkrótce lekko ubrani, bo rozgrzani greckim słońcem odbywaliśmy powrotny lot. W Warszawie zaskoczył nas widok obsługi lotniskowej w kufajkach i zimowych czapkach, więc wszyscy w popłochu szukaliśmy ciepłych sweterków i długich spodni. Tak skończyła się piękna kreteńska przygoda. Cieszyliśmy się na powrót do kochanych dzieci, ale nie do zimnego klimatu! Do dziś smak ulubionej greckiej fety, jogurtu czy metaxy przywołuje gorące wspomnienia. Może kiedyś tam wrócimy?
|